Jest kiepsko.
To oczywiście moja wina, wina mojego bałaganiarstwa, braku ogarnięcia itd.
Nie mogłam znaleźć recept na swoje leki rano. Przerzuciłam tylko papiery w pokoju, kuchni, przedpokoju i szlag mnie trafił. Gdy już docierała do mnie świadomość, że muszę wyjść z domu, zaczęłam odczuwać strach. Próbowałam się uspokoić oddychając, ale pogarszało mi się. Wkurzałam się, że pramolan jeszcze nie zaczął działać. Oczywiście zdążyłam wkurzyć przez telefon moją matkę, żeby więcej nie tykała moich papierów, chociaż wiem, że to tylko przez moje durne roztrzepanie siedzę teraz zdenerwowana w pracy.
Boję się, że wpadnę w panikę, dostanę ataku histerii od tak, bez powodu.
Przyzwyczaiłam się tak bardzo do tych tabletek, że teraz bez nich cały dzień jest rozwalony i o niczym innym nie będę wstanie myśleć.
Boję się do stanu sprzed tabletek, do tej matni, szaleństwa, bycia wariatem.
Nie to, że tabletki w jakiś drastyczny sposób wpływały na moje zachowanie, bo moi znajomi doskonale wiedzą co się dzieje gdy wpadam w furię z byle powodu. Ale jakoś z tymi tabletkami było mi lepiej. Jakiś taki rytuał.
Ludzie mijali mnie na ulicy a ja szłam bez tarczy i miecza i czułam, że się rozpadam.
Chcę swoje tabletki i chcę zwinąć się w kłębek dopóki mi nie przejdzie.
Mam charakter.
I kurwa oddałabym wszystko, żeby go nie mieć, być bezmózgim szczęśliwym lemingiem.
FUCK FUCK FUCK FUCK
Zbiera mi się, pora na coś mocniejszego. Byleby mi się nie ulało i bylebym wytrzymałą do 15tej... FUCK
