poniedziałek, 30 stycznia 2017

bliss

ho! ho! ho! i po sezonie świątecznym

dzisiaj miał być dobry dzień
miałam dobre zamiary, ale jak zwykle, internet happens i wszystko w pisdu poszłoooo
tak, bywam leniwa
mam słomiany zapał
zawsze tak miałam
zmobilizować się do czegoś czego nie lubię, a nienawidzę wstawać rano, i wykonywać pracę, która średnio mi się podoba... ło jezu, no po prostu nie...

ale, gdyby nie to, że ponad rok temu w końcu zaczęłam brać proszki, odpowiednią dawkę (i chodzić na terapię, która do poprawy mojego stanu miała może z jakieś 12%* udział), to dzisiaj byłaby totalna masakra i padaka

dlaczego? bo jestem chodzącym failem, który nie potrafi przyswoić nowej wiedzy, zwłaszcza z działu kadry i płace (za to wymienię obsadę Jurassic Park/Stargate/Aliens)
zawsze z czymś mam problem, zawsze zapomnę czegoś sprawdzić, a gdy już mi się wydaje, że jest cacy i zasłużyłam na rozwinięcie czerwonego dywanu (bo mam tak niską samoocenę, że każdy tyci sukces to jak Oscar dla mnie), to wtedy przychodzi ewka (ciężarówka, była kadrowa) i mówi, że wszystko źle zrobiłam...

rok temu wpadłabym w ryk, szloch i trzęsłabym się posikując w swój fotel (przesadzam, moje zwieracze są cacy i hydraulika działa bez zarzutów) i starając się schować czerwoną z nerwów i od łez twarz za ekranem komputera...

dzisiaj? pff... so what?
no ok, błąd zrobiłam... można zawsze go skorygować
nie, nie pamiętam kiedy się płaci a kiedy nie z.g.ś.p. i nie mam zielonego pojęcia jak się liczy ryczałt... szefowa za to chwali mnie za pyszną kawkę (nie, nie dosypuję jej dragów... ale kiedyś poczęstowałam ją kryzysową tabletką, bo świrowała i sama o nią poprosiła)

przestałam brać wszystko do siebie
mam trochę więcej śmiałości
ignoruję durne komentarze swojej siostry, z którą mam tą nieprzyjemność pracować
jest ok

mogłoby być lepiej**






*marvel pun intended ;)
**PMSy mam takie, że Trump mógłby się schować

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz